Autor Wątek: Dusze ze Stali, część II  (Przeczytany 1878 razy)

gaijin

  • Crane Clan
  • eternal Personality
  • *
  • Wiadomości: 2284
    • Zobacz profil
Dusze ze Stali, część II
« dnia: 2007-01-24, 01:34 »
Uffff...skończyłem. Mam nadzieję, że będzie się Wam chociaż trochę podobało :)

Enjoy!


Dusze ze Stali, część II
By: Brian Yoon
Editing: Fred Wan
Tłumaczenie: gaijin


Miasto Zagubionych, rok 1167

Ogr wszedł do sali tronowej, powodując drżenie ziemi swoimi ciężkimi krokami. Stwór przedstawiał z pewnością ciekawy widok. Pod wieloma względami nie różnił się od innych przedstawicieli swojego rodzaju. Był zwykłego, jak na ogra, wzrostu, przerastając Daigotsu co najmniej o trzy głowy. Z czoła sterczały mu dwa duże rogi, a wielkie kły znaczyły szczęki. Piętrzące się pod pancerzem mięśnie znamionowały zaś niesamowitą siłę.

Nie można było brać go jednak za zwykłego ogra. Ograniczone zdolności umysłowe jego pobratymców powodowały, że mogli się oni posługiwać jedynie najprostszymi narzędziami i bronią. Byli silni, ale poddając się swoim pierwotnym instynktom, łatwo stawali się praktycznie bezrozumni. Ten ogr, natomiast, nosił coś przypominającego pancerz samuraja – olbrzymie kawałki emaliowanej zbroi przyczepione do jego masywnej sylwetki. Na plecach bestii wisiało no-dachi, którego długie ostrze wyglądało dość karłowato w stosunku do rozmiarów tego, który nim władał. Zakonserwowane, odcięte ludzkie głowy zdobiły poprzyczepiane do jego grzbietu tyczki, naśladujące samurajskie „skrzydła”. Mimo, że w porównaniu do ekwipunku charakterystycznego dla Wielkich Klanów, jego wydawał się raczej surowy, sam fakt, że był używany przez ogra mówił bardzo wiele.

Ogr zbliżył się do tronu i ukląkł przed Mrocznym Panem. Podłoga zaskrzypiała w proteście musząc dźwigać jego olbrzymią postać. Ogr chwycił swoją broń i nie wyjmując jej z pochwy umieścił przed sobą, rękojeścią skierowaną od swojej prawej ręki. Skłonił się głęboko.

Daigotsu spojrzał na stwora, uśmiechając się w zamyśleniu. – Jesteś Wolnym Ogrem; twoja wola nie jest związana z wolą mojego pana – rzekł bez zbędnych wstępów.

Ogr skinął. – Tak, Mroczny Panie – powiedział. Jego głos przetoczył się przez salę jak odgłos dalekiego grzmotu. – Jestem Kayomasa, student Kayosai’a, przywódcy Mikata.

- Pamiętam Mikata – odparł Daigotsu. – Przed moją śmiercią współpracowaliście ramię w ramię z Tsuno. Uniósł brew. – Opuściłeś moją służbę, kiedy Iuchiban chciał przywłaszczyć sobie tron.

Kayomasa skłonił głowę. – Jeśli pamiętasz, Daigotsu-sama, nasz przywódca, Kayobun, zmarł zanim Klan Kraba odbił Mur z rąk twoich sił. Mój mistrz, Kayosai, miał do ciebie urazę, bo wyniosłeś na niebiosa naszego ciemiężyciela, Fu Lenga. Nie chcieliśmy być znowu bezrozumnymi niewolnikami. Podniósł głowę. – Wiesz także, że to, do czego mój rodzaj ma szacunek, to tylko i wyłącznie siła. Twoja siła i siła twoich sprzymierzeńców, Tsuno, przyciągnęła nas do twego boku. Poniosłeś porażkę.

- Dziękuję, za szczerość – rzekł Daigotsu. – Co więc tu robisz?

- Przychodzę ofiarować moje usługi jako wierny wasal.

- A co z twoimi braćmi?

- Moi bracia uważają, że nie powinniśmy uginać karku przed żadnym panem – powiedział Kayomasa. – Pamiętają lata zniewolenia przez wpływ Fu Lenga.

Zimny wzrok Daigotsu przeszył Kayomasę. – Jestem całkowicie oddany Mrocznemu Kami’emu. Wszystko, co czynię, czynię w jego imię.

Kayomasa skłonił głowę i nic nie odpowiedział.

- Nie mam pożytku z niewiernych popleczników. Skąd mogę wiedzieć, że nie zdradzisz mnie, jak zrobił to twój były mistrz?

- Nie mogę dać ci żadnej gwarancji, Daigotsu-sama, z wyjątkiem mojego słowa. Mam szacunek do porządku i siły. Armia Paszczy chciałaby, byśmy znowu stali się zwykłymi zwierzętami. Być może mogę pomóc utrzymać twoje wielkie imperium i dać innym do zrozumienia, że nie można nie doceniać ogrów.

Daigotsu w końcu uśmiechnął się. – Intrygujesz mnie, Kayomasa. Być może znajdzie się tu dla ciebie miejsce. Zostań w mieście, a pewnego dnia oddasz mi przysługę.

Ogr skłonił się. – Jak sobie życzysz, mój panie – rzekł.



Mur Kaiu, rok 1168

Z powodu bezgwiezdnej nocy trudno było dostrzec olbrzymie schody, które wiodły na blanki Muru, ale chłopiec wchodził po nich bez problemu. Stopnie przystosowane były do o wiele większych niż jego kroków, więc wspinaczka na górę była trudniejsza niż myślał. Pewnego dnia – mówił sobie – będzie stał u boku najpotężniejszych samurajów, będąc w stanie dostać się na blanki kilkoma krokami. Pewnego dnia będzie tak wysoki jak jego ojciec i inni sławni wojownicy Klanu Kraba. Ale ten dzień miał dopiero nadejść. Na razie musiał mierzyć się pojedynczo z każdym stopniem.

Dotarł w końcu na szczyt i rozejrzał się dookoła. Nocą Mur wyglądał zdecydowanie inaczej. Fortyfikacje nigdy nie przedstawiały zachęcającego widoku. Nocą wyglądały jeszcze gorzej. Jedynym źródłem światła były ognie rozpalone w pobliżu posterunków straży, którymi usiany był Mur. Cienie powodowały, że wszystko wyglądało jeszcze bardziej złowieszczo. Chłopiec zbliżył się do skraju Muru by spojrzeć na Krainy Cienia. Na jego twarzy nie malowała się obawa czy strach – jedynie ciekawość i determinacja.

- Ty! – ktoś krzyknął z jego lewej strony i chłopak obrócił się. Był to samuraj Klanu Kraba z najbliższej strażnicy. Dostrzegł jeszcze dwóch innych, a wszyscy trzej patrzyli teraz na niego.

- Co tu robisz, chłopcze? Jak udało ci się ominąć wszystkie patrole? – pytał dalej pierwszy strażnik, zmierzając w jego kierunku.

- Nie mogłem spać – odparł chłopiec. – Chciałem zobaczyć jak Mur wygląda nocą. Mama nigdy nie pozwala mi tu przychodzić o tej porze.
- I bardzo słusznie – krzyknął ze swego posterunku drugi strażnik. – To nie miejsce dla dzieci.

Spojrzenie pełne zajadłej determinacji przemknęło po twarzy chłopaka. – Może i jestem jeszcze dzieckiem, ale to się wkrótce zmieni. Wkrótce będę tu z wami, zwalczając naszego wroga.

Pierwszy strażnik uśmiechnął się szeroko. – Tak, widzę, że znasz swój obowiązek. Jestem Hida Tsubaru. Jak ci na imię, chłopcze?

- Jestem Ichiro – odparł. – Kiedy nadejdzie czas mojego gempukku, mam zamiar przybrać imię największego bohatera Klanu Kraba.

- Słuchaj, Ichiro – rzekł Tsubaru, klękając przy nim. Położył rękę na ramieniu chłopca. – Pewnego dnia będziesz jednym z nas, wspaniałym samurajem. Staniesz ze mną ramię w ramię, by odpierać ataki naszego odwiecznego wroga. Pewnego dnia, Ichiro, ale nie dziś w nocy. Dziś w nocy pójdziesz spać. Łatwiej wypełniać obowiązki, jeśli jest się dobrze wyspanym.

Ichiro spojrzał na niego i skinął głową. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale przerwał mu nagły krzyk dobiegający z lewej strony. Dwaj samurajowie przy strażnicy zerwali się na nogi i chwycili tetsuba leżące przy ich boku. – Atak! Przygotować się! – krzyknął jeden z nich. Drugi pobiegł do strażnicy i w kilka sekund później nocną ciszę przerwał dźwięk wielkiego gongu. Kilka chwil później odezwały się w odpowiedzi inne umieszczone wzdłuż Muru gongi.

Tsubaru zerwał się i dobył swojej katany. Ichiro zdecydował, że dla swego bezpieczeństwa wycofa się do zamku, ale nie mógł się poruszyć. Nic nie widział. Oczy miał otwarte, ale w miejscu, gdzie przed chwilą znajdował się przyjazny wojownik i surowe elementy Muru, dostrzegał teraz jedynie czerwoną mgłę. Mrugnął. Czerwień nie znikała.

Ichiro usłyszał po prawej krzyk. Nagle krzyk ucichł i dał się słyszeć głuchy łomot. Malec wyczuł kształt poruszający się tuż przed nim. Wiedział, że jeśli się nie poruszy, zginie. Instynktownie uskoczył i przeturlał się w bok. Zatrzymał się wpadając w ciało zabitego samuraja. Przykucnął i rozejrzał się. Jego twarz pokryła się rumieńcem. Nie było teraz czasu na wyrzuty, ale chłopiec strasznie się zawstydził. Co pomyślałby o nim pradziadek, widząc, że strach paraliżuje każdy jego ruch?

Teraz widział już mimo wciąż utrzymującej się czerwonej mgły. Ciało, w które uderzył należało do Tsubaru. Jego katana leżała na ziemi tuż poza zasięgiem jego dłoni. Czarny lepki płyn pokrywał mu twarz i szyję, a szkliste oczy patrzyły w pustkę. W oddali Ichiro ujrzał innych strażników, walczących z potworem o sześciu łapach. Uderzały one w Mur z niesamowitą siłą, odłupując z każdym ciosem wielkie kamienne bloki. Chłopak słyszał ciężkie kroki, kiedy inni wojownicy Klanu Kraba nadbiegali, by wzmocnić obronę tego odcinka Muru.

Ale jego kłopoty wcale jeszcze się nie skończyły. Kształty wciąż poruszały się dookoła, zbyt szybko, by mógł nadążyć za nimi wzrokiem. Czymkolwiek były, kłapały zębami i głośno warczały. Były coraz bliżej i bliżej. Ichiro zacisnął zęby i zmusił się do koncentracji. Rozejrzał się, szukając czegoś, co mogłoby pomóc mu obronić się przed potworami. Jego mistrz nauczył go, jak władać bokkenem, ale nie prawdziwym ostrzem i teraz bał się, że z powodu ciężaru nie będzie mógł sobie z takim poradzić. Wyszeptał Tsubaru przeprosiny i chwycił rękojeść wakizashi wciąż znajdującego się przy boku martwego samuraja. Z wysiłkiem wydobył ostrze z pochwy. Cofnął się do tyłu, trzymając przed sobą gotową do ataku broń. Kształty wciąż jednak się zbliżały, nie zniechęcone bynajmniej tym widokiem.

Odgłos końskiego rżenia wypełnił powietrze i kształty zatrzymały się zdezorientowane. Ichiro zerknął na prawo, w stronę Krain Cienia i ujrzał niesamowity widok. Mężczyzna w pełnej samurajskiej zbroi płynął przez powietrze, dosiadając widmowego rumaka. Koń wylądował przed Ichiro i samuraj zsiadł z niego jednym szybkim ruchem. Gdy tylko to zrobił, koń rozpłynął się w nicość.

Był większy niż jakakolwiek osoba, którą Ichiro kiedykolwiek widział. Większy nawet niż jego ojciec czy legendarny Wielki Niedźwiedź. Obcy stanął naprzeciwko demonów, dobył swego miecza i, jak zauważył Ichiro, przybrał ulubioną pozę wielu doświadczonych wojowników Kraba.

Kształty zawahały się czy ruszyć naprzód, jakby wyczuwając siłę nowego przeciwnika. Długie macki wystrzeliły z ich strony i zaczęły pełznąć w kierunku Ichiro. Ale zanim mogły go dosięgnąć, wielki samuraj rozpoczął swój atak. Jego ostrze dźwięczało melodyjnie tnąc wijące się wypustki. Rzucił się do przodu, o wiele szybciej niż Ichiro mógłby spodziewać się tego po człowieku jego postury, i zaatakował. Demony nie mogły przeciwstawić się temu wściekłemu natarciu.

To był koniec. Ichiro, dalej trzymając swoje wakizashi, wciąż patrzył w podziwie jak obcy strząsał krew ze swojego miecza. Nieznajomy schował swoją katanę i obrócił się, by się rozejrzeć. Ukląkł obok nieruchomego ciała Tsubaru. Bez wahania wsadził do jego ust palce i zaczął usuwać z nich czarny płyn. W chwilę później Tsubaru zakaszlał i zaczął wymiotować. Ichiro był zafascynowany.

- Będzie żył, ale wątpię żeby był zadowolony z efektów – rzekł obcy. Obrócił się do Ichiro. – Wyglądasz jak twoja matka. W jego dziwnie znajomym głosie brzmiał smutek.

Ichiro zamrugał. – Wiesz kim jestem? – spytał.

W międzyczasie przybyły już posiłki. Niezliczeni wojownicy Klanu Kraba ruszyli do walki, by wspomóc swoich braci, a inni próbowali dostrzec dalsze zagrożenia. Mały tłum otoczył przybysza oraz Ichiro, przyciągnięty niecodziennym widokiem. Wszyscy chwycili swoją broń, jakby korciło ich, by jej użyć. Obcy pokazał swoje puste ręce, trzymane daleko od jego miecza. Co ciekawe, w ten sposób nie wyglądał wcale mniej groźnie.

- Czym jesteś? Czego chcesz? – spytał najbliższy Krab.

Przybysz spojrzał ponad głowami zgromadzonych wojowników w stronę budynków leżących za Murem. – Proszę o audiencję u Czempiona Krabów. Chciałbym raz jeszcze móc mu służyć.

Samuraj zmrużył oczy. – Zdejmij swój hełm.

Obcy podniósł do głowy ręce i powoli zdjął hełm. Stojącym dookoła Krabom zaparło dech. Przybysz był przystojny, chociaż jego skóra miała dziwny odcień. I był alarmująco podobny do ojca Ichiro.

- Jestem Kyofu, kiedyś zwany Kurodą – rzekł obcy. – Przybyłem odkupić swoje grzechy.


Przygotowania zabrały tydzień, podczas którego mężczyzna nazywający siebie samego Kyofu zgodził się na spętanie jadeitem i dozór licznej straży. Kiedy w końcu nadszedł właściwy dzień, komnata audiencyjna wypełniona była samurajami, z których każdy czekał w napięciu, w każdej chwili gotowy do ruchu. Hida Kuon siedział otoczony Benjiro i najbliższymi doradcami. Zauważalny był brak Hidy Reihy. Kyofu stał przed Czempionem Klanu Kraba, przykuty do podłogi jadeitowymi kajdanami. Dwóch Łowców Czarownic stało dokładnie za nim, wypatrując jakiegokolwiek nietypowego zachowania więźnia. Kuon wpatrywał się uważnie w Onisu stojącego przed nim. Przed długą chwilę wszyscy czekali. W końcu Czempion przemówił.

- Nie wyglądasz już jak Onisu. Prawdę mówiąc, twoje podobieństwo do mojego brata jest wręcz zdumiewające.

- Onisu Kyofu został zamknięty w moim ciele po tym, jak zginąłem walcząc na Murze – odparł mężczyzna. – Ponieważ moja wola pokonała wolę demona, wyglądam teraz podobnie jak przed śmiercią.

- Przyznajesz więc, że jesteś nieumarły.

- Przyznaję tylko, że jestem unikalny – odparł Kyofu. – Moja egzystencja przekracza nawet moje własne zrozumienie.

- Czy zorganizowałeś atak, by ułatwić sobie dostanie się na nasze ziemie? – spytał Kuon.

Kyofu potrząsnął głową. – Nie. Nie mogę wydawać rozkazów siłom Daigotsu. Atakującymi byli oni, z których większość wspiera Paszczę i Kyoso no Oni, w ich wojnie z Mrocznym Panem.

- Nie mogę spełnić tego, o co mnie prosisz. Nie ma tu dla ciebie miejsca. Kraby nie sprzymierzą się z cieniem, bez względu na potencjalny zysk – powiedział ostro Kuon, a w jego głosie wyraźnie słychać było determinację.

Kyofu zarzucił dobre maniery i spojrzał bratu prosto w oczy. – Spaczenie to tylko jeszcze jedna broń, jakiej używają nasi wrogowie, by ograniczyć możliwości działania Krabów. Każdy, kto stoi na szczycie Muru narażony jest na niebezpieczeństwo. Nie możesz oczekiwać, że tylko z powodu Skazy, Krab nie spełni swojego obowiązku.

- To prawda, że nasi dotknięci Skazą bracia wciąż walczą, ale nie ci, których ma w swej mocy Mroczny Pan. Tamtym nie można już pomóc i powinni być zabici, by zapobiec dalszej tragedii. Kuon spojrzał Kyofu prosto w oczy. – Moja żona była tam, kiedy umierał mój brat.

- Tak, umarłem – odparł Kyofu. – Umarłem, a Daigotsu przywrócił mnie do tej namiastki życia, bym mógł walczyć w jego służbie. Rozpaczałem z powodu czynów, jakich dokonywałem będąc w jego mocy, ale w końcu nadeszło wybawienie. Emma-O przywrócił temu ciału duszę i pozwolił zapanować mi nad Onisu. Nie jestem już tym samym potworem, który zdobył Mur, Kuonie.

- Nie jesteś też moim bratem – syknął Kuon. – Co ty w ogóle planujesz? Jakie myśli plączą ci się po głowie, pchając do tego szaleństwa?

Kyofu uśmiechnął się z ponurą determinacją. – Atak w samo serce wroga. Jeśli wyruszymy odpowiednio szybko, będziemy mogli uderzyć na siły onich w czasie ich ataku na Kościany Mur. Będą zajęci, a my, zachodząc od tyłu, unicestwimy ich w jednym natarciu.

- Nie mamy tyle jadeitu, by wystarczyło na tak szaloną wyprawę – rzekł jeden ze stojących obok Kuona Yasukich.

- Wcale nie trzeba będzie wiele jadeitu. Za twoją zgodą, poprowadzę do tego ataku Przeklętych.

- Na chwilę w komnacie zapadła cisza, przerwana w końcu przez głośny śmiech. – Poprowadziłbyś spaczonych w samo serce Krain Cienia? – zadrwił Yasuki. – Może lepiej jednak zabić ich teraz i oszczędzić tej żałośnie zastawionej pułapki?

- Jeśli Łowcy Czarownic zniszczą tych zagrożonych przejściem na stronę ciemności, wierzę, że Przeklęci są w stanie przechylić szalę wojny toczącej się w Krainach Cienia. Być może zanim zginą będą nawet w stanie zniszczyć wielu onich – odparł chłodno Kyofu. – Zakładając oczywiście, że będą mieli przywódcę, który poprowadzi ich do bitwy.

- Chciałbyś, bym wybrał Daigotsu? – spytał cicho Kuon, natychmiast uciszając szepty, jakie pojawiły się po wcześniejszym wybuchu śmiechu. – Chciałbyś, bym wybrał człowieka, który jest być może największym złem, jakie widział ten świat?

- Chciałbym, żebyś wybrał mniejsze zło – odparł Kyofu. – Chciałbym, abyś stanął przeciw szaleństwu Kyoso no Oni, demonicy, która z chęcią widziałaby wszystkie nabytki Kraba na ziemiach Hiruma obrócone w popiół w ciągu jednego popołudnia. Daigotsu to twój wróg. Nic tego nie zmieni. Czy jednak zdajesz sobie sprawę, jaki chaos stanie się udziałem twojego ludu, jeśli demony będą w stanie go zniszczyć?

Kuon zmarszył brwi, powstrzymując się z trudem od ciętej riposty. – Zabiłeś masę samurajów Klanu Kraba, Kyofu – rzekł w końcu – Skąd mogę wiedzieć, że mówisz prawdę? Skąd mogę wiedzieć, że nie jest to pokrętny plan, mający na celu przeciągnięcie jeszcze większej liczby ludzi na stronę Krain Cienia?

- Nie mam żadnego dowodu, żeby cię przekonać, jedynie moje słowo i mój honor – odrzekł Kyofu.

- Masz duszę Kraba, Kuroda-san.

Odwrócili się w stronę skąd dobiegał głos. Omen stał w miejscu gdzie jeszcze minutę wcześniej było całkiem pusto. Kyofu wyczuł natychmiast efekt słów Wyroczni na atmosferę napięcia w komnacie. Wojownicy poluźniali chwyt broni. Ramiona opadały w poczuciu ulgi. Cień zwątpienia przebiegł przez twarz daimyo.

- Jesteś Wyrocznią, Omenie – rzekł Kyofu. – Zadaję ci pytanie, na które odpowiedzą niebiosa. Czy jestem wolny spod władzy Fu Lenga?

Oczy Omena zapłonęły złotym blaskiem, a jego głos zadudnił w małej sali. Było w nim słychać echo pozaziemskiej mocy. – Twoje ciało jest spaczone, Kyofu, ale nie twoja dusza. Nie masz względem Krabów wrogich zamiarów.

Kuon zamknął oczy. Przed najkrótszą z chwil wszyscy mogli widzieć jego zmęczenie i udrękę. Potem moment ten minął i znany wszystkim zimny kamień powrócił. – Nikomu nie można ufać bardziej niż Omenowi – rzekł. Niech więc tak będzie. Umrzyj dobrze. To ostatnia rzecz, jaka ci została.

Kyofu uśmiechnął się i ukłonił. – Dziękuję, bracie.  



Kayomasa tęsknił za walką.

Ogr rozejrzał się dookoła z poczuciem lekkiego dyskomfortu. Budynki i ich mieszkańcy byli dla niego obcy. Domy przeznaczone były dla stworzeń mniejszych od niego i w swoim poprzednim domu czuł się o wiele lepiej; mimo że nie był to szczyt luksusu, był idealny dla takiego prostego ogra jak on. Otaczali go towarzysze respektujący jego siłę i podziwiający jego postawę, a on sam był wolny. Wolny tak spod wpływu Jigoku, jak i pułapek cywilizacji.

Teraz sytuacja zmieniła się. Mimo nielicznych przepełnionych tęsknotą wspomnień, nie żałował swojego obecnego położenia. Dał słowo, że będzie służył i był zdecydowany robić to, dopóki nie zostanie zwolniony ze swojej przysięgi. Szczerze mówiąc, jego poddaństwo nie było zbyt wielkim ciężarem. Jego nowy pan był sprawiedliwy, jak dowiodły tego jego czyny w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Od kiedy przybył do miasta i złożył swoją przysięgę, Kayomasa codziennie odwiedzał Świątynię Dziewiątego Kami’ego. Czekał na dzień, kiedy zostanie wezwany przez Mrocznego Pana Krain Cienia. Dzień ten jeszcze jednak nie nadszedł. Było jasne, że Mroczny Pan wciąż traktował go podejrzliwie. Kaymoasa nie mógł go za to winić. Sługa, który już raz zawiódł pokładane w nim zaufanie, mógł z pewnością zrobić to znowu.

Więc Kayomasa spędzał większość swoich dni w małym domu, leżącym przy głównej drodze Miasta Zagubionych. Stał on blisko Świątyni, więc w razie wezwania szybko można było stawić się przed Mrocznym Panem. Nazywany był zaś w trudny do wymówienia przez ogra sposób, podczas gdy pijani Zagubieni wrzeszczeli zwykle „Tuf Tuf” tak głośno, jak tylko umieli. Właściciel śmiał się za każdym razem, kiedy ogr wchodził do jego lokalu i podawał mu najmocniejsze sake, jakie posiadał. Mimo, że działało ono nawet na najbardziej zaprawionych w piciu Zagubionych, na niego nie miało nigdy żadnego wpływu.

Głośny krzyk przerwał tok jego myśli. – Znowu tutaj, Kayomasa?

Kayomasa obrócił się. Obok niego, trzymając butelkę sake, stał jeden z żołnierzy Daigotsu. Dość dobrze poznał już Daigotsu Toshimo. Był to jeden z pierwszych urodzonych w Mieście Zagubionych. Nie był jakimś wyjątkowo uzdolnionym żołnierzem, ale posiadał niezrównane zdolności logistyczne. Był przyjazny, pełen energii i kochał pić.

Toshimo spoczął obok ogra i zaczął napełniać swoją szklankę. Kayomasa poczekał aż będzie gotów, a następnie uniósł swój kubek w geście toastu. Opróżnili swoje naczynia; Toshimo sięgnął po dolewkę, podczas gdy Kayomasa rozejrzał się po sali.

- Kto to jest? – spytał dudniącym głosem, wskazując opartą o ścianę tajemniczą postać. Jego głos brzmiał raczej jak gniazdo pszczół, niż jak krzyk wypełniający całą salę. Obiektem jego zainteresowania był stojący przy ścianie mężczyzna o dziwnej posturze, ubrany w brudne czarne kimono. Tajemnicze, poczwarne mempo skrywało jego twarz. Coś jeszcze powodowało, że Kayomasa czuł się nieswojo, a on lubił posiadać wiedzę o swoich potencjalnych wrogach.

- Eiya jest największym osiągnięciem mojego mistrza, Daigotsu Taki’ego – wyszeptał w odpowiedzi jego partner od kieliszka. – Taki-sama przez dziesięciolecia pracował na technikami, które pozwoliłyby przekształcić samuraja w zabójcę doskonałego. Eiya był jego ostatnim eksperymentem. Kakita Eiya był artystą, używającym miecza jak pędzla. Teraz, kiedy Taki z nim skończył, artystyczna próżność znikła. On żyje już tylko po to, by zabijać.

- Robi wrażenie – rzekł Kayomasa.

- Tak, chociaż przemiana miała swoją cenę. Eiyę ledwie można nazwać teraz człowiekiem – nie odczuwa bólu ani przyjemności, nie ma w nim żadnych uczuć. Jest niewiele więcej niż potworem. Toshimo uśmiechnął się. – Ale mamy przecież z potworów bardzo wiele pożytku.

- Tak – spoglądając na siebie zgodził się Kayomasa.

Krzyk przeszył powietrze, przerywając rozmowy toczące się w pijalni sake. Wszyscy zamarli, patrząc w stronę skąd dobiegł hałas. Po chwili wzruszyli ramionami i wrócili do picia. Kayomasa zmarszczył brwi. Krzyki nie były w Krainach Cienia czymś nietypowym, ale ten przykuł w jakiś sposób uwagę ogra. Sekundę później Kayomasa chwycił swoją broń i ruszył w stronę drzwi. Krzyk zdawał się dobiegać ze Świątyni.

Jego podejrzenia okazały się prawdziwe. Świątynny Strażnik leżał na ziemi, rozpruty na dwoje. Drzwi do Świątyni, wyrwane z zawiasów, leżały na podłodze. Wyjął broń i upuścił sayę. Wkroczył do wnętrza Świątyni, gotowy zmierzyć się z każdym wrogiem. Przebijał się przez dziesiątki pomniejszych onich, jak gdyby wcale ich tam nie było. Zmierzał do sali tronowej, ale nagle zatrzymał się w pół kroku.

Wielki oni stał u wejścia to sali tronowej, gotując się do rozbicia drzwi w drzazgi. Był tak ogromny, że jego głowa sięgała sklepienia, a każdy cal ciała pokrywała niebieska chityna. Mnóstwo wężowatych onich latało dookoła giganta. Wszystkie zwróciły się w stronę ogra, gdy ten pojawił się w pomieszczeniu. Kayomasa wyszczerzył zęby trzymając przed sobą broń.

- Munemitsu no Oni – rzucił ktoś obok niego i Kayomasa spojrzał w bok. Był to Eiya, tajemniczy samuraj z pijalni sake. Kayomasa nie widział go wcześniej, ale wojownik miał w rękach okrwawioną katanę i kamę.

- Zaatakujemy razem – powiedział do swojego nowopozyskanego sprzymierzeńca Kayomasa, ale Eiya był już w ruchu, atakując z zapałem wężowatych onich. Rycząc w szale, ogr rzucił się do ataku zaraz za nim. Stwory zwane Łowcami Kyoso podleciały do Eiyi i zaczęły atakować go krótkimi, szybkimi ciosami, ale ten zręcznie ich unikał. Kiedy zbyt mocno wbił kamę w ciało jednego z nich, tak że nie sposób było jej z powrotem wyciągnąć, bezbłędnie zmienił układ ciała na tradycyjną postawę rodziny Kakita. Bez przerwy atakował.

Kayomasa trzymał swoje ostrze w pogotowiu i zbliżał się w kierunku oniego. Był większy i z pewnością bardzo potężny. Podchodzili do siebie powoli, wykonując nieznaczne ruchy, by wybadać przeciwnika. Kayomasa zamachnął się swoim no-dachi, celując w jedno z ramion oniego i został nagrodzony chuśnięciem kwasowej krwi. Ta zmoczyła ogrzy pancerz, który natychmiast zaczął syczeć z powodu gorąca. Kayomasa skrzywił się. Oni zadał cios jednym ze swoich pazurów i rozorał pierś ogra, rozrywając zbroję, jak gdyby jej tam nie było.

Najbliższy Munemitsu no Oni ruszył naprzód w dość ociężałej szarży i Kayomasa dostrzegł swoją szansę, która zapewne nie miała się już powtórzyć. Z wrzaskiem, rzucił się do przodu opuszczając bark i wpadając w oniego całym swoim impetem. Masywny stwór zachwiał się tylko lekko, będąc zbyt ciężkim dla ogra, by ten mógł go przesunąć swoją siłą. W ułamku sekundy, kiedy potwór odzyskiwał równowagę, Kayomasa zatopił swoje no-dachi w brzuchu oniego, wyrywając następnie ostrze na zewnątrz. Mielącemu na oślep powietrze łapami stworowi udało się jeszcze rozorać ramię ogra. Kayomasa syknął z bólu, ale zagrożenie zostało zażegnane. Rozejrzał się i ujrzał Eyię, który zbliżył się do głowy bestii i odciął ją jednym ciosem.

Kayomasa ruszył w stronę sali tronowej pałając żądzą krwi, ranny, ale gotów, by zmiażdżyć kolejnych wrogów. Jak tylko jednak pojawił się u wejścia do komnaty, odkrył, że walka tu nie dotarła. Pokój był pusty, ale małe drzwi za tronem były otwarte. Skrywały je żółte, jedwabne zasłony, więc ogr nie mógł spojrzeć do środka. Kayomasa nigdy wcześniej nie zauważał tego drugiego pokoju. Zbliżył się ostrożnie, wyglądając zasadzki. Zanim jednak przekroczył próg, podmuch wiatru rozsunął kotary, ukazując stojącego plecami do niego Mrocznego Pana, który mówił coś do niewidocznej dla ogra osoby w głębi pokoju.

- Mój panie? – spytał niepewnie Kayomasa.

Daigotsu obrócił się. W jego rękach leżało, płacząc cicho, nowonarodzone dziecko. Kayomasa nie znał się dobrze na ludziach, więc nie mógł stwierdzić, czy było podobne do Mrocznego Pana. Ale promieniująca od niego aura mocy pozbawiała złudzeń. Chłopiec mógł być jedynie synem Daigotsu.

- Spójrz, – rzekł miękko Daigotsu – oto mój potomek.

Godzinę później zamieszanie się skończyło. Dziesiątki Zagubionych przeczesywały miasto w poszukiwaniu resztek sił szturmowych. Kayomasa jeszcze raz klęczał przed Mrocznym Panem w komnacie audiencyjnej. Tym razem wiedział jednak, że spotkanie skończy się po jego myśli.

Daigotsu obrócił się w jego stronę. Uśmiechnął się. – Tak synowie Kayosai’a pokazują swój charakter.

- Dziękuję, Daigotsu-sama – rzekł Kayomasa.

Daigotsu skinął na ogra. – Za dobrą służbę należy się nagroda, Kayomasa. Eiya będzie dzierżył ostrze wykute przez samą Fortunę Stali. A czego ty sobie życzysz?

Kayomasa ukłonił się. – Chciałbym jedynie móc ci dalej służyć.

- Wierzę w siłę twojego honoru. Ochroniłeś mojego syna podczas jego narodzin. Staniesz się więc jego obrońcą. Będziesz dla niego tym, kim był kiedyś dla mnie Goju Kyoden – najwierniejszym sługą i strażnikiem.

- Będę mu służył, mój panie – powiedział Kayomasa, schylając głowę.



Drzwi celi otworzyły się, pozwalając promieniom światła rozproszyć ciemność. Kyofu spojrzał w tamtą stronę z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Kilka sylwetek ukazało się w drzwiach i wkroczyło do pokoju. Kyofu zbadał twarze intruzów beznamiętnym wzrokiem. Pokryte były tradycyjnymi malunkami, co w połączeniu z ciemnymi kimonami identyfikowało ich jako Łowców Czarownic - nie rozpoznawał jednak żadnego z nich.

- Już czas, Kuroda-san – powiedział jeden z nich z zadziwiającą miękkością w głosie. – Musimy iść.

Kyofu wstał natychmiast. – Kuroda zginął dawno temu – rzekł Onisu. – Została tylko ta skorupa, to odrażające paskudztwo.

- Służyłem na Murze tego dnia, gdy zdobył go wróg – odparł Łowca – i pamiętam czyny naszego walczącego w pierwszej linii Czempiona. Skłonił się. – Jestem Kuni Daigo, Kuroda-san, i pamiętam twój honor, nawet jeśli wolałbyś, żebym zatrzymał to wspomnienie dla siebie.

Smutny uśmiech przemknął po twarzy Onisu. – Dziękuję ci, Daigo-san – powiedział. – Postaram się zasłużyć na to, jak mnie zapamiętałeś. Nie jestem już potworem Kyofu…ale wolę być tak nazywany, by nie znieważać mojego poprzedniego imienia.

Daigo skinął głową. – Jak sobie życzysz. – Wskazał na drzwi. – Kuon-sama aprobuje twój plan. Prawie wszyscy Przeklęci podążą za tobą w stronę Kościanego Muru. Modlę się, by to wystarczyło.

- Zrobimy wszystko, by wystarczyło – odparł Kyofu, skłaniając się swoim strażnikom. – Ruszajmy więc.

Szli ulicami w milczeniu. Kyofu znajdował się pomiędzy członkami rodziny Kuni. Po kilku chwilach ze zdziwieniem zauważył, że nie otaczają go jednak wcale jak więźnia. Podążali za nim, jak gdyby był ich dowódcą. Wkrótce dotarli do jednego z większych wejść do Krain Cienia. Tam, w promieniach słońca, czekał na nich nieruchomo wielki oddział żołnierzy. Stali w szyku bojowym w pobliżu wrót, a na każdych dwudziestu ludzi przypadał jeden Łowca Czarownic.

Jednak Kyofu nie zwracał uwagi na swoich podwładnych. Jego oczy utkwione były w kobiecie stojącej na środku drogi. Ubrana była w proste niebieskie kimono. Nie nosiła pancerza, ale miała u boku swoje daisho i przymocowane do pleców tetsubo. W rękach trzymała kolejny, schowany w pochwie miecz. Grupa zbliżyła się do niej żwawo i stanęła.

Kyofu skłonił się. – Reiha.

Reiha odwzajemniła ukłon. – To Kettei, miecz wykuty przez samą Fortunę Stali. Kuon chce abyś go dzierżył. Twój honor wzmocni to ostrze oraz cały klan Kraba.

- Zginę w Krainach Cienia – powiedział Kyofu z oczami utkwionymi w twarzy Reihy. Napawał się jej widokiem, a wszystkie dawno wyrzucone z pamięci wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. – Nie powinniście tracić takiego artefaktu, kiedy ja stracę życie.

- Przysiągłem, że zwrócę to ostrze Klanowi Kraba, kiedy twoja misja dobiegnie końca, Kyofu – rzekł Daigo.

Kyofu skinął powoli głową. Jak wiele marzeń stracił tego pamiętnego dnia, kiedy żołnierze Daigotsu przypuścili atak na Mur? – W takim razie przyjmuję je z wdzięcznością. Dziękuję, Reiha-sama.

Chwycił ostrze dwoma rękami i umieścił przy swoim boku. Reiha skinęła mu głową. – Powodzenia.

Kyofu również skinął. – To dobry człowiek. Cieszę się, że jesteście razem.

Reiha odwróciła się i wykonała ruch w stronę Muru. Potężne wrota do Krain Cienia skrzypnęły ciężko.

- Żegnaj, Kuroda-san – rzekła nie odwracając się do niego.

- Żegnaj, Reiha.


Przeklęci rozpoczęli swój ostatni pochód. Kyofu skłonił się raz jeszcze, potem odwrócił się, by ruszyć za swoimi braćmi. Gdy zmierzali ku swej śmierci zbliżył się do niego jakiś człowiek. Był to strażnik, którego uratował tego dnia, gdy przybył na ziemie Krabów. Plamy czarnej skóry znaczyły jego szyję i usta - jednoznaczny znak, że Skaza na dobre zagościła w jego ciele.

Byłeś tam tej nocy, kiedy zostałem dotknięty Skazą – rzekł Tsubaru.

- Nic już nie mogłem zrobić dla twojej duszy. Kiedy przybyłem, zbyt długo byłeś już wystawiony na działanie toksyny – powiedział Kyofu.

Tsubaru uśmiechnął się smutno. – Dziękuję za uratowanie mi życia, Kyofu.

Ten uniósł brew. – Dziękujesz mi, mimo że twoje życie w zasadzie się już skończyło?

Tsubaru skinął głową. – Dziękuję ci, bo dałeś mi szansę, by jeszcze raz uderzyć w naszego wroga. To wszystko, o co może prosić Krab, na tyle na ile jeszcze nim jestem. Mogę mieć jedynie nadzieję na dobrą śmierć.

Wszyscy jesteśmy ułomni, osłabieni przez zepsucie – powiedział Kyofu. – Ale razem jesteśmy Krabami. Twoja śmierć będzie chwalebna, Tsubaru. Zniszczymy naszego wroga i wypełnimy misję.

Twarz Tsubaru wykrzywił dziki uśmiech. Pomaszerowali na spotkanie swojego przeznaczenia.

Krzychu

  • Crab Clan
  • experienced Personality
  • *
  • Wiadomości: 453
    • Zobacz profil
    • www.ancalentari.com
Dusze ze Stali, część II
« Odpowiedź #1 dnia: 2007-01-24, 17:19 »
Kyofu nie umrze !!!!!!!!!

Wielkie dzięki za translation :*



gaijin

  • Crane Clan
  • eternal Personality
  • *
  • Wiadomości: 2284
    • Zobacz profil
Dusze ze Stali, część II
« Odpowiedź #2 dnia: 2007-01-24, 18:11 »
Cytat: "Krzychu"
Kyofu nie umrze !!!!!!!!!

Jakby Ci to powiedzieć...
Cytuj

:*

Jestem chłopcem..i Ty też, więc wolałbym bez takich :wink: następnym razem wstaw w to miejsce <piwo>

Ertai

  • Unicorn Clan
  • eternal Personality
  • *
  • Wiadomości: 2819
  • You must construct additional Pylons
    • Zobacz profil
    • SpeedSoft
Dusze ze Stali, część II
« Odpowiedź #3 dnia: 2007-01-24, 18:12 »
lol
Cytat: Breaker
nie, bo event jest eventem a wiec nic nie kosztuje. a akcja to akcja- musi dojsc i tracisz karte z reki, wiec tak jakby placisz.